piątek, 11 lipca 2014

z całą pewnością mogę dzisiaj powiedzieć, że w lidlu odbywa się jakiś podejrzany zlot emerytów i rencistów. byłam tam dzisiaj aż trzy razy i za każdym razem musiałam wieki odczekać w kolejce, by móc się stamtąd wydostać. nie wspomnę już o tym, że przejście przez sklep musiało się odbywać bardzo spowolnionym slalomem, bo przecież wszystko trzeba pooglądać ;) a trzy razy byłam tam dzisiaj dlatego, że postanowiłam kisić ogóry! a że ja to ja, więc ganiać trzeba była aż kilka razy.
w zeszłym roku trochę w formie zabicia czasu, trochę z nieokiełznanej kobiecej ciekawości a również i trochę dla zabawy postanowiłam zrobić kilka słoiczków z ogórkami własnej roboty. zrobiłam trzy, potem jeszcze dwa i bardzo szybko pożałowałam, że tylko tyle.
tak więc w tym roku wzięłam sprawy w swoje ręce już zawczasu i tym samym dzisiaj moja produkcja ogórów ruszyła pełną parą i póki co - zatrzymała się na 7 słoikach i z pewnością nie zamierzam na tym poprzestać :) jak widać - nie działałam sama, tu muszę nadmienić, że dzielnie asystował we wszystkim i nadzorował moje poczynania Mandaryn Kot a właściwie Miniaturowy Tygrys Mandaryński, który na czym, jak na czym, ale na kiszeniu ogórów to zna się jak mało kto.
no a kisić trzeba szybciutko, bo podobno jakaś większa wyprawa rowerowa za granicę się szykuje, więc później może już nie być na to czasu... ;)





piątek, 4 lipca 2014

ha! i w weekend jednak udało się gdzieś pojechać! nie był to może Poznań, ani Warszawa ani nawet Berlin tak, jak planowałam, ale wyjazd w sam sobie oceniam jako bardzo udany mimo niesprzyjającej pogody.
pociągiem jechałam około godziny a droga minęła bardzo szybko. na samym początku pogoda była idealna: trochę wiało ale było w zasadzie ciepło ale później już niestety zaczął kropić deszcz i tak już zostało do samego powrotu do domu.
miasteczko samo w sobie bardzo mi się spodobało. wiele miejsc było moim zdaniem podobnych do innych dolnośląskich miejscowości, szczególnie nieduży rynek. jak na niedzielę - ulice były prawie puste. ludzie pojawiali się jedynie po zakończeniu mszy w pobliskim kościele a w restauracjach czy kawiarniach miało się wrażenie, że wszyscy doskonale się znają.
sklepy z bolesławiecką ceramiką były zamknięte, więc żadnych łupów ze sobą nie przywiozłam.
ale miejsce, które szczególnie mnie urzekło (nie, nie, nie była to urzekająco piękna piramida:p) był długi i ogromny wiadukt. był po prostu cudowny!
spodobał mi się również malutki dworzec pkp i aż żałuję, że nie zrobiłam na nim a konkretniej wewnątrz dworca żadnych zdjęć.