poniedziałek, 4 sierpnia 2014

czas na powrót do rzeczywistości, który wyjątkowo do łatwych nie należy. wyprawa na Węgry to pierwsza podróż, po której powrocie ciężko mi odnaleźć się w domu.

zdjęć przywiozłam sporo, więc mogłabym zasypać nimi bloga ale chyba nie o to tutaj chodzi.
opowiem może w kilku słowach o podróży samej w sobie, chociaż doskonale wiem, że o tym mogłabym pisać bez końca, dużo się działo w trakcie a jako, że to pierwsza moja wyprawa rowerowa, to i wrażeń przywiozłam ze sobą sporo.
pomysł na wyjazd pojawił się spontanicznie. zakończyłam jedną pracę, więc miałam mieć sporo wolnego czasu, nagle pojawiła się możliwość innej pracy i tuż przed samym wyjazdem, wpadłam w wir różnych spraw z tym związanych.
wyprawa miała objąć: Słowację i Węgry, głównie Budapeszt oraz jakieś mniejsze miejscowości a moim cichym marzeniem była również Rumunia (teraz już widzę jak naiwnie do tematu podchodziłam).
mój plan zakładał, by codziennie robić około 70-90 km (pierwszego dnia zrobiliśmy zaledwie 20, więc tak bywa właśnie z planowaniem).
wspierać nas miały pociągi, bo znając swoją kondycję, wiedziałam, że na samych rowerach to do Budapesztu prędko nie zajedziemy ;)

zatem ruszyliśmy w piątek rano, rowerami na pociąg do żywca. a stamtąd na rowerach w stronę słowackiej granicy. tu nie oszczędziła nas pogoda a także ukształtowanie terenu, który był górzysty zupełnie ponad moje możliwości. ale każda kolejna burza działała na moją korzyść, bo przynajmniej mogłam odpocząć.

i tak oto pierwszego dnia zrobiliśmy na rowerach tylko 20 km, jak wcześniej już wspomniałam. pierwszy nocleg zamiast pod namiotem, był w pustym schronisku w Korbielowie. a potem jakoś już poszło. drugi dzień to traumatyczny podjazd pod górę aż do granicy a potem już całkiem na luzie z górki aż do samego Dolnego Kubina, na pole campingowe. stamtąd pociągiem do Sturova, skąd już rowerami wzdłuż Dunaju jechaliśmy aż do Budapesztu. po drodze jedna noc pod namiotem na kamienistej plaży.
szlak rowerowy wzdłuż Dunaju to piękna sprawa. droga jest prosta, pełna pięknych widoków i ludzi podróżujących tak jak my, z sakwami, namiotami, śpiworami.

droga powrotna z Budapesztu nie była już tak kolorowa, mimo że miała prowadzić na skróty. znaczna część była pod górę, często tak ostrą, że prowadzenie roweru obładowanego torbami, sprawiało niemałą trudność. potem z kolei nadszedł problem z noclegiem, ponieważ droga prowadziła na przemian przez las lub małą wioskę, w której nie było możliwości rozłożenia namiotu. z pomocą przyszła nam burza, która spowodowała, że spaliśmy u pewnej przemiłej węgierki. kolejny dzień to dojazd do miejscowości granicznej ze Słowacją i przejechanie jej pociągiem. nasz przejazd zakończył się chwilę po północy w ostatniej słowackiej wiosce, z której musieliśmy kilka kilometrów podjechać na rowerze na polską stację kolejową. i tu również mieliśmy niespodziankę, ponieważ idąc z rowerami (ulice przypominały wąskie ścieżki a latarnie były tam rzadkością, więc droga była kompletnie niewidoczna) nagle w całej wiosce zabrakło prądu i zrobiło się tak ciemno, że nie było sensu już dalej iść. rozbiliśmy więc namiot przed czyimś domem i przeczekaliśmy w nim do rana, do pierwszego pociągu do domu.

wiem, że całość wydawać się może chaotyczna. ale ta podróż właśnie taka była. trasa nie do końca zaplanowana, przez co ciągle nas czymś zaskakiwała. przygód po drodze było mnóstwo i aż ciężko to jakoś normalnie opowiedzieć.
dzisiaj pokażę kilka zdjęć z samej drogi, następny post będzie już o Budapeszcie :)















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz