czasami już tak jest, że choć wiem o długim wolnym w pracy i choć snuję dalekie, wspaniałe plany, to wszystko w ostatniej chwili się pokrzyżuje i nawet nie ma co z tym walczyć. tym razem właśnie tak było.
bardzo sprytnie zaplanowana wycieczka rowerowa po całym śląsku wzięła w łeb. nie będzie trudno zgadnąć przez kogo. kot wygrał także tym razem.
a kiedy już te plany biorą w łeb, to zwykle cały czas mi już później ucieka przez palce. myślę sobie: no dobra, skoro już nigdzie nie jadę to:
-posprzątam mieszkanie
-pouczę się języka
-powkuwam parę innych rzeczy
-pojadę na basen
-poćwiczę
-pojadę na cały dzień rowerem w jakieś fajne miejsce
co udało mi się z tych rzeczy zrobić? dokładnie tak! NIC! za to przeczytałam milion gazet, obejrzałam dziesiątki filmików prof. Miodka, przyswoiłam kolejne nieznane mi kabarety. i... znalazłam cudowny sposób na mandaryna. wystarczy wziąć go na kilka godzin na balkon i jego wredna, dzika natura nagle gdzieś ulatuje. robi się potulny i nawet daje się głaskać. uznaję to odkryciem tego roku. chociaż jutrzejsza wizyta i zabieg, któremu będzie poddany, wszystko może zmienić... ;)
tak więc chwalę się moim tygodniem wolnego. dawno już tak niekonstruktywnie nie spędziłam czasu!
ale dzisiaj jadę to nadrobić mimo wszystkich ciemnych chmur, które otoczyły mój dom!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz