czas na powrót do rzeczywistości, który wyjątkowo do łatwych nie należy. wyprawa na Węgry to pierwsza podróż, po której powrocie ciężko mi odnaleźć się w domu.
zdjęć przywiozłam sporo, więc mogłabym zasypać nimi bloga ale chyba nie o to tutaj chodzi.
opowiem może w kilku słowach o podróży samej w sobie, chociaż doskonale wiem, że o tym mogłabym pisać bez końca, dużo się działo w trakcie a jako, że to pierwsza moja wyprawa rowerowa, to i wrażeń przywiozłam ze sobą sporo.
pomysł na wyjazd pojawił się spontanicznie. zakończyłam jedną pracę, więc miałam mieć sporo wolnego czasu, nagle pojawiła się możliwość innej pracy i tuż przed samym wyjazdem, wpadłam w wir różnych spraw z tym związanych.
wyprawa miała objąć: Słowację i Węgry, głównie Budapeszt oraz jakieś mniejsze miejscowości a moim cichym marzeniem była również Rumunia (teraz już widzę jak naiwnie do tematu podchodziłam).
mój plan zakładał, by codziennie robić około 70-90 km (pierwszego dnia zrobiliśmy zaledwie 20, więc tak bywa właśnie z planowaniem).
wspierać nas miały pociągi, bo znając swoją kondycję, wiedziałam, że na samych rowerach to do Budapesztu prędko nie zajedziemy ;)
zatem ruszyliśmy w piątek rano, rowerami na pociąg do żywca. a stamtąd na rowerach w stronę słowackiej granicy. tu nie oszczędziła nas pogoda a także ukształtowanie terenu, który był górzysty zupełnie ponad moje możliwości. ale każda kolejna burza działała na moją korzyść, bo przynajmniej mogłam odpocząć.
i tak oto pierwszego dnia zrobiliśmy na rowerach tylko 20 km, jak wcześniej już wspomniałam. pierwszy nocleg zamiast pod namiotem, był w pustym schronisku w Korbielowie. a potem jakoś już poszło. drugi dzień to traumatyczny podjazd pod górę aż do granicy a potem już całkiem na luzie z górki aż do samego Dolnego Kubina, na pole campingowe. stamtąd pociągiem do Sturova, skąd już rowerami wzdłuż Dunaju jechaliśmy aż do Budapesztu. po drodze jedna noc pod namiotem na kamienistej plaży.
szlak rowerowy wzdłuż Dunaju to piękna sprawa. droga jest prosta, pełna pięknych widoków i ludzi podróżujących tak jak my, z sakwami, namiotami, śpiworami.
droga powrotna z Budapesztu nie była już tak kolorowa, mimo że miała prowadzić na skróty. znaczna część była pod górę, często tak ostrą, że prowadzenie roweru obładowanego torbami, sprawiało niemałą trudność. potem z kolei nadszedł problem z noclegiem, ponieważ droga prowadziła na przemian przez las lub małą wioskę, w której nie było możliwości rozłożenia namiotu. z pomocą przyszła nam burza, która spowodowała, że spaliśmy u pewnej przemiłej węgierki. kolejny dzień to dojazd do miejscowości granicznej ze Słowacją i przejechanie jej pociągiem. nasz przejazd zakończył się chwilę po północy w ostatniej słowackiej wiosce, z której musieliśmy kilka kilometrów podjechać na rowerze na polską stację kolejową. i tu również mieliśmy niespodziankę, ponieważ idąc z rowerami (ulice przypominały wąskie ścieżki a latarnie były tam rzadkością, więc droga była kompletnie niewidoczna) nagle w całej wiosce zabrakło prądu i zrobiło się tak ciemno, że nie było sensu już dalej iść. rozbiliśmy więc namiot przed czyimś domem i przeczekaliśmy w nim do rana, do pierwszego pociągu do domu.
wiem, że całość wydawać się może chaotyczna. ale ta podróż właśnie taka była. trasa nie do końca zaplanowana, przez co ciągle nas czymś zaskakiwała. przygód po drodze było mnóstwo i aż ciężko to jakoś normalnie opowiedzieć.
dzisiaj pokażę kilka zdjęć z samej drogi, następny post będzie już o Budapeszcie :)
eweliniarz
poniedziałek, 4 sierpnia 2014
piątek, 11 lipca 2014
z całą pewnością mogę dzisiaj powiedzieć, że w lidlu odbywa się jakiś podejrzany zlot emerytów i rencistów. byłam tam dzisiaj aż trzy razy i za każdym razem musiałam wieki odczekać w kolejce, by móc się stamtąd wydostać. nie wspomnę już o tym, że przejście przez sklep musiało się odbywać bardzo spowolnionym slalomem, bo przecież wszystko trzeba pooglądać ;) a trzy razy byłam tam dzisiaj dlatego, że postanowiłam kisić ogóry! a że ja to ja, więc ganiać trzeba była aż kilka razy.
w zeszłym roku trochę w formie zabicia czasu, trochę z nieokiełznanej kobiecej ciekawości a również i trochę dla zabawy postanowiłam zrobić kilka słoiczków z ogórkami własnej roboty. zrobiłam trzy, potem jeszcze dwa i bardzo szybko pożałowałam, że tylko tyle.
tak więc w tym roku wzięłam sprawy w swoje ręce już zawczasu i tym samym dzisiaj moja produkcja ogórów ruszyła pełną parą i póki co - zatrzymała się na 7 słoikach i z pewnością nie zamierzam na tym poprzestać :) jak widać - nie działałam sama, tu muszę nadmienić, że dzielnie asystował we wszystkim i nadzorował moje poczynania Mandaryn Kot a właściwie Miniaturowy Tygrys Mandaryński, który na czym, jak na czym, ale na kiszeniu ogórów to zna się jak mało kto.
no a kisić trzeba szybciutko, bo podobno jakaś większa wyprawa rowerowa za granicę się szykuje, więc później może już nie być na to czasu... ;)
w zeszłym roku trochę w formie zabicia czasu, trochę z nieokiełznanej kobiecej ciekawości a również i trochę dla zabawy postanowiłam zrobić kilka słoiczków z ogórkami własnej roboty. zrobiłam trzy, potem jeszcze dwa i bardzo szybko pożałowałam, że tylko tyle.
tak więc w tym roku wzięłam sprawy w swoje ręce już zawczasu i tym samym dzisiaj moja produkcja ogórów ruszyła pełną parą i póki co - zatrzymała się na 7 słoikach i z pewnością nie zamierzam na tym poprzestać :) jak widać - nie działałam sama, tu muszę nadmienić, że dzielnie asystował we wszystkim i nadzorował moje poczynania Mandaryn Kot a właściwie Miniaturowy Tygrys Mandaryński, który na czym, jak na czym, ale na kiszeniu ogórów to zna się jak mało kto.
no a kisić trzeba szybciutko, bo podobno jakaś większa wyprawa rowerowa za granicę się szykuje, więc później może już nie być na to czasu... ;)
piątek, 4 lipca 2014
ha! i w weekend jednak udało się gdzieś pojechać! nie był to może Poznań, ani Warszawa ani nawet Berlin tak, jak planowałam, ale wyjazd w sam sobie oceniam jako bardzo udany mimo niesprzyjającej pogody.
pociągiem jechałam około godziny a droga minęła bardzo szybko. na samym początku pogoda była idealna: trochę wiało ale było w zasadzie ciepło ale później już niestety zaczął kropić deszcz i tak już zostało do samego powrotu do domu.
miasteczko samo w sobie bardzo mi się spodobało. wiele miejsc było moim zdaniem podobnych do innych dolnośląskich miejscowości, szczególnie nieduży rynek. jak na niedzielę - ulice były prawie puste. ludzie pojawiali się jedynie po zakończeniu mszy w pobliskim kościele a w restauracjach czy kawiarniach miało się wrażenie, że wszyscy doskonale się znają.
sklepy z bolesławiecką ceramiką były zamknięte, więc żadnych łupów ze sobą nie przywiozłam.
ale miejsce, które szczególnie mnie urzekło (nie, nie, nie była to urzekająco piękna piramida:p) był długi i ogromny wiadukt. był po prostu cudowny!
spodobał mi się również malutki dworzec pkp i aż żałuję, że nie zrobiłam na nim a konkretniej wewnątrz dworca żadnych zdjęć.
pociągiem jechałam około godziny a droga minęła bardzo szybko. na samym początku pogoda była idealna: trochę wiało ale było w zasadzie ciepło ale później już niestety zaczął kropić deszcz i tak już zostało do samego powrotu do domu.
miasteczko samo w sobie bardzo mi się spodobało. wiele miejsc było moim zdaniem podobnych do innych dolnośląskich miejscowości, szczególnie nieduży rynek. jak na niedzielę - ulice były prawie puste. ludzie pojawiali się jedynie po zakończeniu mszy w pobliskim kościele a w restauracjach czy kawiarniach miało się wrażenie, że wszyscy doskonale się znają.
sklepy z bolesławiecką ceramiką były zamknięte, więc żadnych łupów ze sobą nie przywiozłam.
ale miejsce, które szczególnie mnie urzekło (nie, nie, nie była to urzekająco piękna piramida:p) był długi i ogromny wiadukt. był po prostu cudowny!
spodobał mi się również malutki dworzec pkp i aż żałuję, że nie zrobiłam na nim a konkretniej wewnątrz dworca żadnych zdjęć.
niedziela, 29 czerwca 2014
czasami już tak jest, że choć wiem o długim wolnym w pracy i choć snuję dalekie, wspaniałe plany, to wszystko w ostatniej chwili się pokrzyżuje i nawet nie ma co z tym walczyć. tym razem właśnie tak było.
bardzo sprytnie zaplanowana wycieczka rowerowa po całym śląsku wzięła w łeb. nie będzie trudno zgadnąć przez kogo. kot wygrał także tym razem.
a kiedy już te plany biorą w łeb, to zwykle cały czas mi już później ucieka przez palce. myślę sobie: no dobra, skoro już nigdzie nie jadę to:
-posprzątam mieszkanie
-pouczę się języka
-powkuwam parę innych rzeczy
-pojadę na basen
-poćwiczę
-pojadę na cały dzień rowerem w jakieś fajne miejsce
co udało mi się z tych rzeczy zrobić? dokładnie tak! NIC! za to przeczytałam milion gazet, obejrzałam dziesiątki filmików prof. Miodka, przyswoiłam kolejne nieznane mi kabarety. i... znalazłam cudowny sposób na mandaryna. wystarczy wziąć go na kilka godzin na balkon i jego wredna, dzika natura nagle gdzieś ulatuje. robi się potulny i nawet daje się głaskać. uznaję to odkryciem tego roku. chociaż jutrzejsza wizyta i zabieg, któremu będzie poddany, wszystko może zmienić... ;)
tak więc chwalę się moim tygodniem wolnego. dawno już tak niekonstruktywnie nie spędziłam czasu!
ale dzisiaj jadę to nadrobić mimo wszystkich ciemnych chmur, które otoczyły mój dom!
bardzo sprytnie zaplanowana wycieczka rowerowa po całym śląsku wzięła w łeb. nie będzie trudno zgadnąć przez kogo. kot wygrał także tym razem.
a kiedy już te plany biorą w łeb, to zwykle cały czas mi już później ucieka przez palce. myślę sobie: no dobra, skoro już nigdzie nie jadę to:
-posprzątam mieszkanie
-pouczę się języka
-powkuwam parę innych rzeczy
-pojadę na basen
-poćwiczę
-pojadę na cały dzień rowerem w jakieś fajne miejsce
co udało mi się z tych rzeczy zrobić? dokładnie tak! NIC! za to przeczytałam milion gazet, obejrzałam dziesiątki filmików prof. Miodka, przyswoiłam kolejne nieznane mi kabarety. i... znalazłam cudowny sposób na mandaryna. wystarczy wziąć go na kilka godzin na balkon i jego wredna, dzika natura nagle gdzieś ulatuje. robi się potulny i nawet daje się głaskać. uznaję to odkryciem tego roku. chociaż jutrzejsza wizyta i zabieg, któremu będzie poddany, wszystko może zmienić... ;)
tak więc chwalę się moim tygodniem wolnego. dawno już tak niekonstruktywnie nie spędziłam czasu!
ale dzisiaj jadę to nadrobić mimo wszystkich ciemnych chmur, które otoczyły mój dom!
niedziela, 15 czerwca 2014
o tak! by każda wyprawa tak wyglądała! że przyjeżdża się po mnie wielkim, czarnym qashqaiem, ja sobie tylko spokojnie siedzę na tylnym siedzeniu, wgapiając się w narastającą po drodze ciemność, po przyjeździe zasiadam do uroczystej kolacji (przepysznej!) z winem o smaku granatu i co ważne - z nadmiaru wrażeń zasypiam jak dziecko, bez żadnego problemu, zasypiam w obcym miejscu zupełnie spokojnie. a potem rano czeka mnie przepyszne śniadanie, długie pogawędki, znów obiad, znów wino i tym razem oglądanie 'z archiwum x' na rzutniku. ach. bez szaleństw, że się spóźnię, że czegoś zapomnę. towarzystwo doborowe, jedzenie obłędne i kolejnych inspiracji mnóstwo o przecież te są ważne, bo potrafią przewrócić całe życie do góry nogami i taką właśnie mam nadzieję. że właśnie teraz sama i dobrowolnie przewrócę sobie życie do góry nogami! a więc zaczynam od jutra a przewrotu dotyczyć będzie między innymi odwyk makaronowo-tostowy. resztę zachowam dla siebie, a jak przewrót zrealizuję, to się pochwalę, o!
wino z tesco i fox mulder
krewetki to dalej ful-robale
jeden z wielu popisowych numerów szymona;) czyli obiad mistrzów
wino z tesco i fox mulder
krewetki to dalej ful-robale
jeden z wielu popisowych numerów szymona;) czyli obiad mistrzów
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)